IWO ORŁOWSKI
WOKALISTA TENOR AKTOR
PREZENTER REŻYSER
MENU
×


LUXURY STYLE



Iwo Orłowski - tenor, solista scen muzycznych, śpiewak i aktor o niebywale charyzmatycznej osobowości. Wspaniała barwa głosu i doskonała dykcja uczyniły go odtwórcą wielu niezapomnianych ról operetkowych i musicalowych. To o nim Wiesław Ochman powiedział, że jest najlepszym w Polsce odtwórcą roli Księcia Orłowskiego w "Zemście Nietoperza" Straussa. W Meksyku zdobył Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego. Szarmancki, energiczny i bezpośredni w kontakcie z publicznością. Wspaniały showmen i prezenter. W październiku 2011 roku Iwo Orłowski został mianowany Mecenasem Akademii Muzyki przy Klubie Integracji Europejskiej, należącym do Europejskiego Forum Przedsiębiorczości.

Gratulacje Iwo... Masz co świętować.. W ciągu tych dwudziestu lat występowałeś nie tylko na scenach teatrów, oper i filharmonii w Polsce, ale także w Austrii, Niemczech, Włoszech. Doczekałeś się nawet rock - opery napisanej specjalnie z myślą o Tobie. A co ty uważasz za swoje największe osiągnięcie?

Dziękuję za słowa uznania. Czasami samemu trudno mi uwierzyć, że już tyle lat moje życie związane jest z występami przed europejską publicznością. Faktycznie, swoją zagraniczną karierę rozpocząłem od dwóch premier w roli Che Gevary w musiacalu Andrew Loyda Vebera pt. "Evita" w sali wiedeńskiego Konzerthausu. Mam za sobą dziesięcioletni okres występów w teatrach Austrii, Szwacjarii i Niemiec. Szczególnie bliska jest memu sercu partia Księcia Orłowskiego w "Zemście Nietoperza" Johanna Straussa, którą wielokrotnie wykonywałem w Berlinie, Hamburgu, Bonn czy Monachium. Wysoce cenię sobie partię Plutona w „Orfeuszu w Piekle” Jacques Offenbach, którą miałem zaszczyt wykonywać u boku wspaniałej Anny Walczak w roli Eurydyki. Ogromny sentyment mam do tytułowej roli Popiela w rock - operze "Big Popiel" Katarzyny Gärtner. Spotkał mnie wielki zaszczyt, gdyż kompozytorka napisała ją z myślą nie tylko o moich warunkach wokalnych, ale także aktorskich.

Zapomniałeś o słynnej, brawurowej roli Boniego z "Księżniczki Czardasza", o której jeden ze znanych krytyków stwierdził: „Kalman napisał tę rolę dla Iwo Orłowskiego jakby przeczuł, że będzie ją grał jak nikt inny...”.

A właśnie! Boni z "Księżniczki Czardasza" Ememericha Kalmana. Jakże wyjątkowa rola, rzeczywiście szczególna - jedna z najbardziejdla mnie ekscytujących, dająca pełen wachlarz możliwości artystycznych. To kwintesencja występów na scenie operetkowej: połączenie śpiewu, gry aktorskiej i tańca. Pozwalająca wszechstronnemu artyście na pokazanie swojej osobowości oraz talentów.

Nie mogę nie zadać tego pytania: Czy możemy rozwikłać ciągły spór – co jest trudniejsze opera czy operetka?

Myślę, że nie można tego sporu rozstrzygnąć. W obu przypadkach mamy do czynienia z równie wymagającą sztuką. Różnice wynikają raczej z pozawokalnych warunków ekspresji np. z możliwości i umiejętności kontaktu z publicznością. I tu moim zdaniem operetka ma zdecydowaną przewagę. Bezsprzecznie jednak muzyka operowa wywołuje niebywałe emocje – to potęga i siła ludzkiego głosu, powoduje niesamowite wrażenia. To muzyka wręcz doskonała, ponadczasowa, która przez wieki przenosiła ludzi, nie tylko artystów, w inny wymiar odczuć i doznań. Doskonałość muzyki operowej wywodzi się z wiedzy jej kompozytorów, którzy tak wspaniale potrafili łączyć historię ludzkich losów, uczuć z muzyką. Wrażenia po operze "Nabucco", a szczególnie po chórze nędzników, są nieporównywalne z niczym. Gwarantuję, że każdy uklęknie...

A skąd się wzięło zainteresowanie muzyką operową, operetkową i musicalową?

Wydaje mi się, że to po prostu ma się w sobie. Z tym darem przychodzimy na świat i możemy dzielić się z innymi. Nie ukrywam, że w moim domu słuchało się muzyki klasycznej i w tym klimacie dorastałem. Mając 10 lat w nieistniejącej już księgarni przy ul. Deotymy w Warszawie kupiłem sobie pierwszą płytę. Pieniądze z kieszonkowego przeznaczyłem na „Arie i pieśni Wiesława Ochmana”. Od tej pory fascynacja i miłość do muzyki mnie nie opuszczają. A płytę – mój amulet szczęścia – mam do dziś.

Nie ograniczasz się tylko do śpiewania... stworzyłeś orkiestrę ViVA IVO.

Własna orkiestra to jedno z moich artystycznych marzeń. W swoim życiu miałem szczęście pracować ze wspaniałymi dyrygentami Tadeuszem Kozłowskim, Andrzejem Knapem i Marcinem Nałęcz-Niesiołowskim. Jednak pracując przez lata w teatrze, na tzw. etacie i grając repertuar zakontraktowany w danym sezonie nie zawsze śpiewa się to co się chce. Uznałem więc, że muszę mieć większy wpływ na dobór swoich utworów i bardziej skupić się na tym co „w duszy gra”. Poza tym, to naturalna kolej rzeczy, że mamy w sobie pasję, chęć tworzenia, chęć rozwoju i ambicje także te zawodowe, które chcemy realizować. W ten sposób wchodzimy na wyższy poziom wtajemniczenia, nie wspomnając o osiąganiu niezależności. Zatem moje marzenie o własnej orkiestrze można porównać do marzeń wielkich aktorów spełnionych w swojej profesji. Oni też chcą się sprawdzić po „drugiej stronie kamery”. Clint Eastwood, czy George Clooney uznani aktorzy byli wielokrotnie nagradzani za reżyserię a nawet otrzymali nominacje czy statuetki Oscara w tej dziedzinie.

I tak oto powstał pomysł stworzenia koncertu z okazji 95 rocznicy urodzin Edith Piaf?

Tak. Podczas pracy nad tym projektem, którego byłem jednocześnie reżyserem i producentem, zaprosiłem do współpracy Macieja Frąckiewicza wspaniałego akordeonistę. Nie może być przecież koncertu o Edith Piaf bez akordeonu. W naszym zespole, zupełnie nagle pojawiła się Kristin, urocza pianistka ze Lwowa oraz zabawny klarnecista Przemek Skałuba, który do tej pory zaraża nas wesołym podejściem do życia. Natomiast Małgorzata Jakubowska doskonale wcieliła się w odtwórczynie głównej roli. I od tego wszystko się zaczęło. Do pędzącego pociągu sztuki dołączali kolejni artyści. Pojawiały się nowe pomysły, coraz to ciekawsze projekty artystyczne i kolejni wspaniali muzycy.

Jaka jest recepta na sukces tej orkiestry?

Recepta jest najprostsza na Świecie: wszyscy się po prostu bardzolubimy i dobrze czujemy w swoim towarzystwie. To grupa młodych, wesołych i bardzo inteligentnych ludzi. A jak to młodzież - podczas prób nie stroni od żartów. Przede wszystkim pomimo młodego wieku mają dojrzały warsztat i kunszt muzyczny. Nigdy im tego nie mówiłem, ale kiedy jestem za kulisami i słyszę jakim aplauzem obdarza ich publiczność, gdy wielokrotnie bisują i nawiązują fantastyczny kontakt z widownią – wtedy duma mnie wprost rozpiera.

Razem z tą orkiestrą dajecie mnóstwo występów w różnego rodzaju programach. Ale występujesz także z wielkimi damami polskiej sceny.

Rzeczywiście, to dla mnie zaszczyt, że nie tylko występuję ale nawiązuję z nimi przyjaźnie i darzę symaptią. Taką osobowością, z którą najczęściej występuję jest Bożenia Zawiślak – Dolny – niegdyś uznana przez krytykę za najlepszą odtwórczynię partii Carmen w operze Georges’a Bizeta. Będąc jeszcze studentem – widziałem Bożenę z widowni i wtedy jako widz wprost zakochałem się w jej interpretacjach. Po latach los teatralny połaczył nas w genialnym przedstawieniu "Człowiek z La Manchy". Od tamtej pory stworzyliśmy wspólnie wiele muzycznych projektów. Bożena Zawiślak – Dolny ma opinię „petardy sceny” – zawsze doskonale przygotowana, energiczna, obdarzona pozytywnym wdziękiem i dziewczęcą urodą. Co istotne odpowiadamy sobie – osobowościami i temperamentami. Po prostu dobrze dogadujemy się na scenie – to niezwykle ważne. Jakiekolwiek animozje lub nieporozumienia pomiędzy partnerami scenicznymi byłby natychmiast wyczuwane przez publiczność. A o tym nie może być mowy. Pomimo tego, że od lat występujemy jako równorzędni partnerzy – nadal mam ogromny szacunek do jej dorobku. Obydwoje przywiązujemy wielką wagę do naszego wizerunku, dlatego dbamy o różnorodność, atrakcyjność i doskonałe wykonanie scenicznych kostiumów.

Ale czy Twoim zdaniem w zalewie popowych gwiazdek, z głosami równie sztucznymi jak ich usta i biusty oraz łatwych i prostych piosenek jest jeszcze zapotrzebowanie na muzykę poważną...

Cóż... z pewnością dzisiejsza muzyka jest bardzo skomercjalizowana, mixowana i przetworzona w studiu. Głosy są często korygowane za pomocą sprzętu komputerowego. Wierzę jednak, że zapotrzebowanie na kulturę wyższą będzie zawsze. Jak wspominałem wcześniej muzyka, w szczególności klasyczna, operowa jest nieśmiertelna. Cieszę się że należę do elitarnego grona wykonawców odnoszących międzynarodowe sukcesy, zapraszanych do występów w najpiękniejszych teatrach na świecie, gdzie nie dziwią wysokie ceny biletów. Ale wrażenia i ta nieśmiertelność muzyki są bezcenne. Doskonale ujął to Milosz Forman w swoim filmie "Mozart".

Rzeczywiście patrząc na ceny biletów do opery czy teatru w ma się prawo twierdzić że jest to rozrywka elitarna...

Bilety są drogie, ale nie brakuje ludzi do obejrzenia musiacalu czy opery. Nierzadko trzeba dokonać wielomiesięcznej, wcześniejszej rezerwacji a pod kasami ustawiają się kolejki chętnych. Publiczność z utęsknieniem wyczekuje premier, nowych odsłon, ale także po to by nacieszyć wzrok ciekawą, nowatorską scenografią czy kostiumami. Normą stało się projektowanie kostiumów przez znanych projektantów – ten trend trafił także do Polski. Dyrektorzy teatrów dbają jednak o popularyzację muzyki operowej wśród przedstawicieli młodego pokolenia. W Operze Wiedeńskiej są bilety promocyjne dla młodzieży i studentów. Te miejsca są usytuowane na galeriach, które wypełniają po brzegi młodzi widzowie. To kolejny dowód na ponadczasowość i nieśmiertelność muzyki, która fascynuje wszystkich bez względu na wiek.

Jak się okazuje Polacy zajmujący się muzyką poważną odnoszą znacznie większe sukcesy niż rodzime gwiazdy popu. Nasi reżyserzy i śpiewacy operowi są znani i szanowani na całym świecie.

Bardzo się cieszę, że moi koledzy i koleżanki są oklaskiwani na wszystkich kontynentach. Mariusz Treliński czaruje swoim talentem za Oceanem i jak wiadomo przyjmowany jest tam z największymi zaszczytami. Także Michał Znaniecki od lat jest związany z La Scalą i operą nowojorską. Należy wspomnieć o wspaniałej sopranistce Aleksandrze Kurzak, która właśnie nagrała płytę dla prestiżowej angielskiej wytwórni Decca. A nasza słynna solistka Małgorzata Walewska? Już pod koniec lat 90-tych śpiewała u boku Placido Domingo. Z kolei Piotr Beczała zadebiutował w mediolańskiej La Scali a potem koncertował w równie wspaniałych miejscach jak w londyńskim Covent Garden Theatrre czy nowojorskiej Metropolitan Opera. Natomiast Dariusz Stachura mój serdeczny przyjaciel miał zaszczyt niegdyś dublować samego Luciano Pavarotiego. Sukcesy naszych śpiewaków można wymieniać bez końca. Świadczą one nie tylko o naszych talentach, ale także o doskonałym przygotowaniu, wyszkolonych głosach i o wysokim poziomie naszego warsztatu artystycznego. Swoją kulturę wokalną zawdzięczam doskonałemu pedagogowi, profesorowi Romanowi Werlińskiemu, z którym do tej pory się konsultuję dbając o warsztat. Uważam więc, że zamiast chwalić się polskim hydraulikiem moglibyśmy stworzyć program promocji Polski z udziałem ludzi sztuki np. śpiewaków operowych i operetkowych.

Ale to ciagle za mało, brak osoby, która popularyzowałaby muzykę operową i opertkową w społeczeństwie polskim. Brakuje postaci na miarę Bogusława Kaczynskiego...

Całe szczęście, po przebytej chorobie Pan Bogusław kontynuuje swoją życiową misję i poprzez spotkania z publiczością czy nowe książki popularyzuje operę i operetkę. To przecież dzięki niemu mogliśmy poznać sylwetki najznamienitszych Diw operowych takich jak Maria Callas czy Ada Sari.

Iwo, a jakie są twoje marzenia, plany na kolejne 20-lecie?

Moje największe marzenie wiąże się z odrodzeniem stołecznej operetki, która była niegdyś na ul. Nowogrodzkiej. Chciałbym aby ponownie zagościła w sercach warszawskiej publiczności i abyśmy mogli pokazać młodemu pokoleniu czarujący świat operetki, który jest bardziej przystępny niż świat operowego dramatu. Moje koncerty to oczywiście namiastka, a właściwie początek długiej drogi w realizacji tego marzenia. Jestem pasjonatem tej sztuki i mam nadzieję jej dobrym ambasadorem. Dlatego chciałbym przywrócić Warszawie operetkę – piękną bajkę dla dorosłych. Bo któż z nas nie lubi bajek...?






PRZEDSIĘBIORCY@EU




Charyzmatyczny artysta, otwarty, odważny. Porywa publiczność swoimi kreacjami na scenie, ale też czasem zaskakuje, wykonując szpagat czy wyskakując z ogromnego tortu –
Iwo Orłowski, tenor, aktor i prezenter w jednej osobie.         

        Rozmawia MAŁGORZATA NIEWIŃSKA
Gratulacje z okazji 20 – lecia pracy artystycznej. Twój benefis był wyjątkowy. Publiczność uwielbia Cię takim, jakim jesteś. Na Twój jubileusz przybyło wielu ludzi. W sali koncertowej MCC Mazurkas Conferen-ce Centre & Hotel do ostatnich chwil przed koncertem dostawiano krzesła. Byłam ocza-rowana, obserwowałam ten tłum widzów, ilu ich było?

– Według ilości krzeseł, które tam rozstawiono, ponad tysiąc. Chyba nie było wolnych miejsc. Przyznaję, że uwielbiam śpiewać przed taką publicznością.

Opowiedz o początkach kariery. O swoich scenicznych doświadczeniach i od czego to się zaczęło. Jaka była Twoja pierwsza rola?

– W Polsce zadebiutowałem w Teatrze Muzycznym w Łodzi rolą Maxa Bauma w „Ziemi Obiecanej”. Zagraniczną karierę artystyczną rozpocząłem rolą Che Geva-ry w musicalu Andrew Loyda Vebera pt. „Evita”. Premiera odbyła się w sali wiedeńskiego Konzerthausu, gdzie powstają transmitowane na cały świat noworoczne koncerty wiedeńskich filharmoników. Obsada była prawdziwie międzynarodowa. Reżyserem spektaklu był Darryl Ro-binson. W zespole pracowali Polacy, Niemcy, Grecy a nawet artyści z Australii i Nowej Zelandii. To było wielkie przeżycie. Poznałem ciężką, ale zarazem znakomicie zorganizowaną współpracę artystyczną. Tam nauczyłem się pracować.
A po próbach w pełni przyjacielskie stosunki, włącznie ze wspólnymi wypadami do pubu. Do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakty. A potem występowałem na wielu scenach Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Polubili mnie tam.

Słyszałam o wspaniałej roli księcia Orłowskiego w „Zemście Nietoperza” Johanna Straussa.

– Jedna z najsławniejszych operetek i jedna z moich ulubionych ról. Partię księcia Orłowskiego wykonywałem wielokrotnie podczas moich występów zagranicznych w Niemczech. Nie jestem artystą jednej roli. Uwielbiam nowe wyzwania. Miałem zaszczyt wykonywać słynną partię Plutona w „Orfeuszu w Piekle” Jacquesa Offenbacha. Krytycy docenili moją wyśmienitą rolę Bonniego z „Księżniczki Czardasza” E.Kalmana. Jest to wyjątkowa rola, połączenie gry aktorskiej, śpiewu i tańca. Publiczność uwielbiała mnie w tytułowej roli Popiela w rock – operze „Big Popiel” Katarzyny Gärtner. Spotkał mnie wielki zaszczyt pracy w „Klatce Szaleńców” Jean Poiret. Cudownie wspominam współpracę z reżyserem W. Zawodzińskim w „Człowieku z La Manchy. Pracuję z różnymi, wybitnymi artystami sceny.

Jesteś artystą inspirującym i wielce utalentowanym. Jak tylko pojawiasz się na scenie, to publiczność natychmiast ożywa i wita Cię gromkimi brawami. Jesteś śpiewakiem, który zachwyca widzów wspaniałymi aria mi a do tego potrafi jeszcze zrobić szpagat.

– Jestem wodewilistą i nie wstydzę się tego określenia. Na scenie robię wszystko, obywając się bez pomocy kaskadera. Wymaga to nie tylko pewnych akrobatycznych predyspozycji, ale i ciężkiej pracy. Często proponują mi role, które nietrafiają się innym artystom. Nie mam problemu z zaśpiewaniem swojej partii np.: wisząc dwadzieścia pięć metrów nad sceną. Całkiem niedawno grałem taką rolę. Śpiewałem podwieszony na linach pod kopułą Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Wylądowałem na scenie siadając na szpagacie ku zdumieniu widowni.

Zdobyłeś uznanie poza granicami naszego kraju. Odnosiłeś sukcesy na europejskich scenach. Zachwycałeś publiczność swoim głosem i śpiewem. Dlaczego więc wróciłeś doPolski?

– Moja muzyczna kariera związana była długo z występami poza granicami naszego kraju. Trochę się jednak za Polską stęskniłem. Chciałem też wykorzystać w kraju zdobyte tam doświadczenia. Spróbować nowego wyzwania. Przyjechałem i nie żałuję. Aktywnie działam w Związku Artystów Scen Polskich (ZASP). Jestem stowarzyszony w Sekcji Teatrów Muzycznych, Opery, Operetki i Musicalu, które postawiło sobie za cel, aby w Warszawie powstała operetkowa scena z prawdziwego zdarzenia.

Powołałeś do życia zespół muzyczny „Viva Ivo”. Wybrałeś młodych, niezwykle utalen-towanych muzyków z dużymi osiągnięcia-mi artystycznymi. Są świetni!

– Odkąd sam organizuję koncerty, a nie jestem artystą na etacie, to na pewne sprawy muszę patrzeć inaczej. Zrealizowałem swoje artystyczne marzenie i mam własną orkiestrę „Viva Ivo”. Osiągnąłem wyższy poziom niezależności twórczej. Współpracuję z artystami, których sam wybieram. Realizuję swoje pasje sceniczne i fantazje twórcze z doskonałymi muzykami, perfekcyjnymi instrumentalistami.

Zostałeś też doceniony i zauważony przez Klub Integracji Europejskiej należący do Eu-ropejskiego Forum Przedsiębiorczości. Jesteś tam Mecenasem Akademii Muzyki.

– To był dla mnie zaszczyt. Podjąłem się roli przewodnika w kształtowaniu i rozwijaniu życia kulturalnego wśród członków Klubu Integracji Europejskiej. Ja również jestem człowiekiem biznesu. Wielokrotnie byłem producentem wspaniałych, wielkich koncertów i różnorodnych inicjatyw twórczych. Jestem aktywnym artystą. Przygotowuję spektakle i recitale w salach koncertowych całego kraju. Organizuję koncerty, gale, jubileusze i inne wydarzenia kulturalne, które wzbogacają i urozmaicają warszawskie oraz ogólnopolskie propozycje kulturalne. Moje projekty twórcze są w pełni autorskie. Zrealizowałem wiele swoich pomysłów i koncepcji artystycznych. Potrafię wypromować oraz zorganizować wiele wydarzeń kulturalnych.

Chciałabym jeszcze zapytać o Twój benefis. Widziałam jak wspaniale świętowałeś 20 – lecie pracy artystycznej.

– Jubileusz 20 – lecia mojej kariery scenicznej odbył się w przepięknych wnętrzach sali koncertowej MCC Mazurkas Conference Centre & Hotel. Andrzej Bartkowski, który jest właścicielem hotelu i centrum konferencyjnego jest moim serdecznym przyjacielem, admiratorem i mecenasem moich koncertów.

Publiczność byłą zachwycona, gdy wjeżdżał do sali widowiskowej wielki tort w asyście kelnerów. Cudownie nas zaskoczyłeś, gdy niespodziewanie wyskoczyłeś ze środka 3,5 metrowego tortu.

Często proponują mi role, które nie trafiają się innym artystom. Nie mam problemu z zaśpiewaniem swojej partii, np. wisząc dwadzieścia pięć metrów nad sceną.

– To w moim stylu. W końcu byłem bohaterem dnia. Wszystko było bardzo precyzyjnie przemyślane. Byłem producentem jubileuszowego koncertu i autorem scenariusza. Przygotowałem i poprowadziłem swój benefis. Zająłem się też reżyserią tego ważnego dla mnie wydarzenia. Na sukces tego wieczoru zapracowali wszyscy wykonawcy, biorący udział w koncercie „Un amore per sempre”. Na scenie dzielnie wspierały mnie moje piękne i utalentowane partnerki sceniczne, z którymi współpracowałem w trakcie 20-letniej kariery artystycznej. Przy akompaniamencie fantastycznych muzyków z orkiestry. W wykonaniu „Viva Ivo” publiczność usłyszała arie i duety operowe, operetkowe, musicalowe i filmowe oraz inne utwory. Dodatkowym urozmaiceniem były występy taneczne i teatralny pokaz mody. Entuzjastyczna publiczność jak zwykle mnie nie zawiodła i gromkimi brawami nagrodziła wszystkich wykonawców. Czułem, że widownia całym sercem była ze mną tego wieczoru.

Dziękuję za rozmowę.




GENTLEMAN


"JESTEM LEKARZEM DUSZ"




Swoim głosem od lat zachwyca publiczność na całym świecie, ale dopiero w tym roku przy okazji świętowania 20-lecia pracy artystycznej, decyduje się szerzej opowiedzieć o kulisach pracy śpiewaka. Iwo Orłowski w rozmowie z Jerzym Mosoniem mówi o zdobytych doświadczeniach i uznaniu jego talentu przez innych, o entuzjastycznej publiczności i Wielkich wymaganiach, związanych z trudnymi projektami.

IWO ORŁOWSKI - tenor, solista scen muzycznych, operowych, operetkowych i musicalowych. Śpiewak i aktor o charyzamtycznej osobowości. Reżyser, realizator i producent wielu projektów muzycznych. Twórca orkiestry "VIVA IVO". Propagator muzyki klasycznej i admirator wszelkich inicjatyw kulturalnych. Iwo Orłowski jest też Mecenasem Akademii Muzyki przy Klubie Integracji Europejskiej należącym do Europejskiego Forum Przedsiębiorczości. Solista należy do Związku Artystów Scen Polskich (ZASP) i stowarzyszony jest w Sekcji Teatrów Muzycznych, Opery, Operetki i Musicalu.


Od wielu lat odnosisz ogromne sukcesy na polskich i europejskich scenach, tymczasem nie widać Cię w kolorowych magazynach czy telewizjach śniadaniowych. Z czego to wynika?

Na program w telewizji śniadaniowej nie byłbym w stanie się obudzić! Atak poważnie, odpowiedź jest prozaiczna. Od wielu lat wciąż jestem w trasie, ciągle koncertuję i przygotowuję nowe projekty oraz realizacje. Dwa lata temu wziąłem na siebie kolejny, wspaniały obowiązek - założyłem orkiestrę "VIVA IWO". Buduję salę prób, aby zapewnić komfort pracy moim muzykom i artystom. Na media brakuje czasu. Zresztą do tej pory uważałem, że jeszcze nie teraz, jeszczenie pora, by opoWiadać o swoich dokonaniach artystycznych.

Jeśli coś jest dla nas ważne, to czas zawsze się znajdzie.

To prawda. Jednak najważniejsza jest moja praca. Podobnie jak wielu artystów, nie myślę o mediach. Jestem śpiewakiem, reżyserem, menadżerem, realizatorem i producentem wielu projektów muzycznych.

Co sprawiło, że teraz postanowiłeś szerzej otworzyć się na prasę?

W tym roku obchodzę 20-lecie pracy artystycznej i to na pewno jest jedna z przyczyn, dla których uznałem, że już czas zacząć współpracę z mediami. Chciałbym opowiedzieć o moich artystycznych inicjatywach, o zapale do różnorodnych działań twórczych. W założonej przez siebie orkiestrze "VIVA IVO" postanowiłem sobie za cel promowanie świetnych muzyków. Nie czekam na propozycje, jestem aktywnym artystą. Sam wychodzę naprzeciw potrzebom widzów, przygotowując koncerty i recitale w salach koncertowych całego kraju. Organizując koncerty łączę również pokolenia. Młodym muzykom umożliwiam współpracę z dojrzałymi artystami, z wielkim zawodowym doświadczeniem. Wiele z projektów, które do tej pory zrealizowałem, były w pełni autorskie, poczynając od pomysłu, koncepcji i realizacji na działaniach organizacyjnych i promocyjnych skończywszy. Przygotowuję koncerty, gale, jubileusze, spektakle i inne wydarzenai kulturalne na wysokim poziomie, które spełniają oczekiwania publiczności i ostatecznie służą urozmaiceniu warszawskich i ogólnopolskich pozycji kulturalnych.

Wystąpiłeś niedawno w białystockiej operze, której nowy budynek może konkurować z najwspanialszymi gmachami na całym świecie. Jakie są Twoje wrażenia?

Mam ogromny sentyment do całego regionu Podlasia. Występuję tam od ośmiu lat, czyli od czasu kiedy jestem na stałe w Polsce. Po raz pierwszy na koncert do Białegostoku zaprosił mnie ówczesny dyrektor Opery i Filharmonii Podlaskiej, Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Od tej pory jestem na Podlasiu stałym gościem. Otwartość społeczności tego regionu sprawia, że jestem wierny tamtejszej publiczności i z radością przyjmuję kolejne propozycje. W październiku tego roku zostałem ponownie zaproszony do wzięcia udziału w koncercie w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Było to dla mnie ogromne doświadczenie, bo musiałem latać nad sceną i śpiewać podwieszony za liny na wysokości ok. 20 m. Zatem jako jedna z niewielu osób mogłem w pełni ocenić walory tego wspaniałego budynku. Gmach jest nowoczesny, wręcz awangardowy: mnóstwo w nim szkłą i ciekawych elementów. Takiej opery nie powstydziłaby się żadna europejska metropolia. Scena ma olbrzymie możliwości - po obróbce jej i otwarciu wrót staje się napowietrznym amfiteatrem.

Nie bałeś się zwisać na wysokości piątego piętra?

Muszę przyznać, że trochę tak. Gdy po wszystkim wylądowałem wreszcie na scenie, poinformowałem publiczność, że musiałem sprawdzić, czy aby na pewno mamy zamknięty dach, wszak może zacząć padać. Widzowie doskonale zrozumieli dygresję, nawiązującą do problemów Stadionu Narodowego i przyjęli ją gromkimi brawami.

Jak wspominasz swoje pierwsze, sceniczne doświadczenia?

Początki mojej kariery były bardzo niebezpieczne, ponieważ mój pierwszy publiczny występ miał miejsce na scenie - parapecie domu, w którym mieszkałem. Stałem trzymając się framugi okna i śpiewałem dla zdumionej widowni "Tango Milonga". Miałem wówczas pięć lat. Wtedy moi rodzice potraktowali ten występ jako fantazję i zabawę małego chłopca, ale we mnie w tym czasie już obudziła się pasja do aktorstwa. Później miałem zostać lekarzem, jednak wybrałem śpiew i aktorstwo, co uczyniło mnie "lekarzem dusz". Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Najpierw akademia teatralna, a potem klasa śpiewu u najwybitniejszego polskiego śpiewaka i pedagoga operowego Romana Werlińskiego. Późiej cały czas śpiewałem i występowałem na wielu scenach i tak przez 20 lat aż do jubileuszu!

Opowiedz, jak świętowałeś 20-lecie pracy artystycznej?

Jak zwykle, pracowicie. Byłem producentem jubileuszowego koncertu i autorem scenariusza. Przygotowałem i poprowadziłem swój benefis 20-lecia kariery scenicznej. Zająłem się też reżyserią tego wydarzenia, jednak na sukces tego wieczoru zapracowali wszyscy wykonawcy, biorący udział w koncercie "Un amore per sempre". Na scenie dzielnie wspierało mnie 20 wykonawców - moje piękne i utalentowane partnerki sceniczne, z którymi współpracowałem w trakcie 20-letniej kariery artystycznej. Przy akompaniamencie fantastycznej orkiestry "VIVA IVO" publiczność usłyszała arie i duety operowe, operetkowe, musicalowe i filmowe oraz inne utwory. Koleżanki były jak zawsze rewelacyjne, a ich kreacje i kostiumy wzbudziły podziw u pań. Dodatkowym urozmaiceniem były występy taneczne i teatralny pokaz mody. Część występujących artystek pokonała tysiące kilometrów, aby uczcić to ważne dla mnie wydarzenie. Przepiękne wnętrza sali koncertowej MCC Mazurkas & Hotel gościły ponad tysiąc sto osób na widowni. W przerwie koncertu publiczność mogła delektować się winem i szampanem, którego fundatorem był gospodarz i mój wierny przyjaciel Andrzej Bartkowski. W fianle koncertu jubileuszowego pojawił się 3,5 metrowy tort z którego do finałowego toastu wyskoczyłem ku zaskoczeniu wszystkich obecnych. Czułem, że widownia całym sercem była ze mną tego wieczoru. Wspaniała publiczność jak zwykle mnie nie zawiodła i gromkimi brawami nagrodziła wszystkich wykonawców. Całość wydarzenia zakończył uroczysty bankiet.

Zatem na Nowy Rok, życzę Ci, żeby dla Ciebie czas płyną najwolniej, jak się tylko da, po to byś mógł zachwycić nas wspaniałymi ariami kolejne 20 lat.