IWO ORŁOWSKI
WOKALISTA TENOR AKTOR
PREZENTER REŻYSER
MENU
×

Koncerty walentynkowe "Bo to jest miłość",
Galeria Porczyńskich, Warszawa, 12 i 13 luty 2010.
Recenzja ukazała sie na stronach "Trubadura".

         Kto nie był niech żałuje.. choć moje pisarstwo na ogół objawia się swoistym słowotokiem dziś elokwencja pisarska mnie po prostu zawiodła... Emocje toczą mi się w głowie, mam mocne odczucie przeżycia czegoś iście wspaniałego i cudownego.
Rada dla Państwa: jeśli Iwo Orłowski i Jego Goście, zapowiadaja się na koncertach w Państwa okolicy, jeśli tych koncertów ma być więcej niż jeden, niech wybiorą się Państwo od razu na kolejne, dzień po dniu. Będą mięli Państwo bezpośredni wgląd jak rodzi się "wydarzenie koncertowe": ten pierwszy raz będzie koncertem niejako z programu, a ten kolejny - jego reminiscencją, swoistą wariacją tego wydarzenia z dnia pierwszego. Byłam na obydwu koncertach Iwo i doświadczyłam owego aktu "tworzenia" bezpośrednio.
My widzowie otrzymaliśmy fantastyczny show, a obydwa z tych dwóch dni były właśnie ZUPENIE inne! Wspaniałe wykonania utworów, błyskotliwe dialogi między wykonawcami skrzące cudownym poczuciem humoru, ta gorąca, bo nasycona głęboką emocją więzi jaką wykonawcy nawiązali z publicznością, to wszystko wzbogacone - jak teraz już wiem - zupełnie spontanicznym zachowaniem na scenie. Ludziom szły z oczu łzy wzruszenia, a zaraz potem nie można było powstrzymać się od śmiechu, niektórzy też bezgłośnie nucili..... Taka szkoda, że ten czas, to przeżycie już bezpośrednio odeszły. Pozostały jednakże wspomnienia. Ja teraz porównuję te oba koncerty, wychwytuję myśli - "smaczki" z obydwu... Przewijają mi się przed oczami niczym taśma filmowa wybrane z koncertów sceny.... Były takie momenty kiedy Iwo Orłowski i Naira Ayvazyan dokonali w duetach absolutnego zjednoczenia dusz I talentów, wypłynęła z nich prawdziwa moc, to były Ich WIELKIE CHWILE. Nastąpiła namacalna wprost emanacja talentów. Dokonali głosem i grą sceniczną czegoś tak niesamowitego, że w finiszu czas jakby się zatrzymał, a oni patrzyli na siebie oszołomieni. Było tak. Widziałam na ich twarzach poczucie triumfu i dzieliłam je razem z nimi. Wszyscy, bo i my publicznosć doświadczaliśmy czegoś absolutnie niezwykłego. Atmosfera w trakcie sobotniego koncertu stała się tak gorąca, że z trudem poprzestano na trzech bisach. A żebyście Państwo usłyszeli wykonanie Nairy i Iwo "Balu w Savoyu". To była świetna rzecz. Generalnie - Ona - wschodni temperament, On - wiadomo - na scenie wulkan, razem stwarzają na scenie absolutną mieszankę wybuchową. I oboje w Śpiewie tak świetni, o czym nawet nie muszę pisać. Naira ma piękny, bardzo mocny głos, który wydobywa się z niej zupełnie bez wysiłku, a Iwo - ten mistrz sceny i śpiewu z łatwością zmienia stylistyki - od frywolnych utworów z Księżniczki Czardasza po romantyczny "Jej portret "Kofty/Nahornego czy "Non, je ne regrette rien" Edyt Piaff. On jest mistrzem "uczucia", mistrzem wielkich emocji, prawdziwie gorąca, słowiańska dusza, o temperamencie scenicznym, którego pozazdrościć mu może tak wielu solistów. I cieszy mnie bardzo, że Iwo Orłowski organizuje koncerty, które reżyseruje osobiście, ponieważ zawsze uważałam, że jego talent showmana nie znajduje w 100% ujęcia w przedstawieniach operetkowych, ściśle i z konieczności naznaczonych co oczywiste ograniczeniami ról i reżyserii. Jest to solista o bardzo silnej osobowości, wychodzący talentem poza konwencję, a taka osobowość wymaga widowisk szytych właśnie na "jej" osobistą miarę. Iwo cudownie nawiązuje kontakt z publicznością, a jego recitale to zawsze aktorskie perełki, w których popisy wokalne okraszone są tym jego nieodłącznym, niepowtarzalnym humorem i urokiem szelmy - uwodziciela, niczym z kart XIX - wiecznej powieści.

        Zachwycił mnie Ryszard Rembiszewski w postaci prowadzącego koncert, którego - przyznaję ze wstydem - dotąd znałam jedynie jako prowadzącego totolotek. Gdybyście Państwo usłyszeli jego deklamacje wierszy o miłości, cóż to za mistrz słowa, a i ujmującego uroku! Dobrze, że nie siedziałam pierwszym rzędzie, bo słowa poezji wypowiadane czarownym tonem wprost w oczy pojedynczych słuchaczy hipnotyzowały. Ten budowany intymny ze słuchaczem kontakt - takie doświadczenie wycisnęło by z moich oczu szczere łzy. A dialogi, raczej rozgrywki słowne między Iwo Orłowskim a Ryszardem Rembiszewskim - cóż tego po prostu trzeba było posłuchać! W żartach wbijane w siebie nawzajem szpile, wywołujące na sali salwy śmiechu, ah! to nie do powtórzenia! A w centrum potyczek słownych Naira bo o własne talenty taneczno - wokalne obu panom chodziło, w jej kontekście... Zatem te dialogi prześmieszne, a nade nimi przecudne muzyczne opowieści, święto śpiewu i muzyki i tańca. Z satysfakcją stwierdzam, iż na scenie nie było żadnego flegmatyka. Każdy z pięciu wykonawców współtworzył tą promieniująca energią perełkę, jakim był koncert. Solówki fortepianowe Kristin - akompaniatorki Nairy i Iwo - to były mistrzowskie muzyczne smaki, że o rewelacyjnej grze akordeonisty Macieja Frąckiewicza nie wspomnę... Pan Maciej robił za całą orkiestrę i to on jest najlepszym - stwierdzam to z całą powagą - wykonawcą utworów Piazolli, spośród wszystkich wykonawców jakich dotąd w życiu słyszałam. Reasumując: niech żałuje ten, kto na koncercie nie był i niech żałuje ten kto nie był na obu! W powietrzu od piątku unosiła się muza. Narodziła się jakaś niesamowita energia, która tężniała, czyniąc końcówkę koncertu już sobotniego absolutną eskalacją najwyższych artystycznych przeżyć. I dla artystów i dla widzów. Dlatego z perspektywy czasu traktuję oba koncerty jako całość. Jako swego rodzaju lawinowe poprzez śpiew i muzykę narastanie uczuć - bo i o uczucie w tych koncertach przede wszystkim chodziło - o miłość. Był to najwspanialszy koncert walentynkowy na jakim byłam.


"Podwieczorek z polską pieśnią i piosenką",
Domy Konesera, Trzcin, 7 listopada 2009


         W zwalczaniu objawów jesiennej szarugi znakomicie pomaga ROBIENIE SOBIE PRZYJEMNOŚCI. Jedną z nich był koncert Iwo Orłowskiego - Podwieczorek z polską pieśnią i piosenką - 7 listopada 2009, godzina 19.00, domy Konesera Trzcin.
Iwo Orłowski należy do czołówki polskich tenorów. Na stałe występuje w Teatrze Muzycznym w Łodzi oraz spektalach i koncertach w wielu krajach Europy. Szczególnie zasłynął partią Księcia Orłowskiego w Zemście Nietoperza Straussa, którą wykonuje do dziś.
To artysta który jak wachlarz rozwija kreacje, role, partie. Przyjmuje liczne wyzwania zawodowe, często o skrajnym charakterze, od tytułowej roli Popiela w rock-operze
Katarzyny Gaertner, poprzez rolę Cyrulika w musicalu Człowiek z La Manchy Leigha, prowadzenie prezentacji, aukcji i wielu innych wydarzeń o charakterze artystycznym.
W przypadku spotkań z Iwem całkowicie sprawdza się jedna z moich ulubionych maksym „zostaw kogoś w lepszym niż go zastałeś”. Pierwszy koncert Iwa, na którym byłam wprowadził mnie w dobry humor na długo. Co więcej wspomnienie tego wieczoru przywołuje uśmiech do dnia dzisiejszego, a o to chyba chodzi – szczególnie jesienią. Kiedy planowaliśmy jesienny koncert w jednej minucie zapadła decyzja - chcemy Iwa w Domach Konesera, chcemy go słuchać i bawić się z nim, chcemy jego czarem obdarzyć naszych Gości. Występy Iwa Orłowskiego sprawiają, że słuchacze przenoszą się daleko od swoich codziennych spraw do świata delikatnego, zmysłowego, kolorowego i radosnego. Na nasze życzenie podczas koncertu Iwo wykonał utwory polskie oraz kilka z międzynarodowego repertuaru. Dla mnie 11 listopada - Święto Niepodległości to także święto radości i taki był nasz koncert.
Na przekór jesieni wspólnie rozkoszowaliśmy się blaskiem świec, ogniem z kominka, domową nalewką i oczywiście głosem Iwa.